Koszyk

  • Pusty koszyk

SEBABA, czyli w poszukiwaniu nazwy idealnej

Z imionami dla dzieci jest łatwo.

Po pierwsze mamy dziewięć miesięcy, żeby się solidnie namyślić, przejrzeć imienniki, statystyki i trendy.

Po drugie, po odrzuceniu imion osób, których nie lubimy, których nasz partner nie lubił w podstawówce, których nie trawi teściowa, które podpadły mamie, siostrze, bratu, ciotce - od samego przedszkola, przez wszystkie wyjazdy na kolonie, obozy, stare miłości, byłych wspólników i wredne koleżanki - lista jest na tyle wąska, że wybór w zasadzie ogranicza się do “albo-albo” i często i tak stanowi kompromis (“może teściowa przekona się, że nie wszystkie Zosie są tak straszne jak ta, która siedziała za nią w piątej klasie na polskim”).

Z imionami jest bardzo łatwo.

Co innego z nazwą firmy.

To jest jazda bez trzymanki. Czasu na zastanowienie specjalnie nie ma, a możliwości wyboru są nieograniczone…

I staje człowiek przed milionem możliwości i kombinacji. Powinien podjąć sensowną decyzję, która może w przyszłości wpłynąć na wyniki sprzedażowe, ekspansję na Zachód czy łatwość przedyktowania nazwy przemiłej kasjerce ze stacji benzynowej w celu uzyskania faktury.

Trendów jak wiemy jest wiele, i ja je wszystkie rozważałam. Serio.

Trend pierwszy - daj jasno do zrozumienia czym się zajmujesz. Najlepiej w kombinacji z “podkreśl swoje pochodzenie”. Określiłam słowa kluczowe (kostium kąpielowy, stroje kąpielowe dla dzieci, z Polski), wzięłam kartkę, ołówek i zaczęłam kombinować.

    • Kostiumpol (brzmiało zbyt peerelowsko),
    • BabySwim (było zarezerwowane przez szkółki pływackie),
    • Swimeo (wpadało w trend kończenia nazw na “eo”, ale mimo wszystko nie przypadło nikomu do gustu),
    • Polswim (kojarzyło się za mocno z firmą spedycyjną),
    • Bikinella (wychodziła poza kategorię “dla dzieci”, poza tym dyskryminowała chłopców).

Po wielu próbach porzuciłam trend pierwszy.

Trend drugi - użyj imion członków swojej rodziny, zamieszaj, i zobacz co z tego wyjdzie. Pomyślałam - to się może udać. Wspólnie dysponujemy sporą liczbą samogłosek, głównie dlatego, że mam na imię Ania, a to już niezły początek. A więc wypisałam na kartce: Ania - Wojtek - Zosia - Basia i zaczęłam miksować. Poniższe kombinacje pozostawię bez komentarza.

    • Zobawa
    • Bazowa
    • Zobazo
    • Baniazo.W
    • Wojbazo
    • Wubezeta
    • Bezet
    • Zoba

Trend trzeci, tak zwana deska ratunkowa, czyli udaj się do internetowych generatorów nazw. Już wiem, że to bardziej betonowe koło ratunkowe niż realna pomoc. Ale kto z nas nie uczy się na błędach? Słowa kluczowe, które wpisałam do wyszukiwarki: sun, kids, swimwear, beachwear i moja subiektywna lista zaskakujących wyników:

    • “Kidsex” … ???? (w pierwszej dwudziestce wyników)
    • “Beachwear Apparel” (serio..?)
    • “Sun Misfits” (odważnie, choć słabo marketingowo)
    • “Beachwear (‘test 3’)” (jakiś bug, mam nadzieję;)
    • “Kids Home”… (cóż…)

Było oczywiście kilka nazw, które mi się spodobały, wywołały uśmiech i pozytywne skojarzenia! Te generatory nie są wcale, aż tak straszne. Tyle, że ludzie, którzy zawodowo zajmują się robieniem kasy na handlu domenami też to chyba wiedzą. I tak, na każdej domenie, która wpadła mi w oko byli przede mną… Zrezygnowałam więc ze skocznej nazwy z generatora, aby uniknąć konieczności rejestrowania sklepu internetowego pod adresem www.mojasupernazwa_podkreślnik_33.ro

Przerobiłam jeszcze kilka trendów, aż w końcu się poddałam. Mijało właśnie 9 miesięcy od kiedy zaczęłam szukać nazwy idealnej. I wtedy pojechałam do Chałup…

A co się stało w Chałupach, o co rzeczywiście chodzi z tą Sebabą, jak Wojbazo zostało Seablinks, dowiecie się w części drugiej, która już wkrótce. Stay tunned!

Chałupy welcomes Seablinks

HEJ MORZE, MOJE MORZE

Polskie wybrzeże jest piękne i zazwyczaj zapiera dech w piersiach, ale jak wszyscy ma swoje oblicza. Czasem jest natarczywą i głośną ciocią Helą z Wałcza pobrzękującą breloczkami i magnesami “Kasia miła, sympatyczna, uczynna”. Czasem jest rubasznym Januszem sączącym piwo zza parawanu i bacznie obserwującym jędrną zwierzynę łowną, podczas gdy jego żona pochłania kolejnego zakręconego lodowego świderka o smaku kakao i śmietanki w barze przy promenadzie. Innym razem jest nieśmiałą, pryszczatą nastolatką próbującą wstydliwie skryć kłębki zużytego papieru toaletowego i tamponów na miękkich piaskach nadmorskich wydm. Wreszcie bywa rozwrzeszczanym czterolatkiem drącym w niebogłosy swoje cymbergajowe gardło i łypiącym zewsząd proszącym wzrokiem “wrzuć dwa złote”.

Najczęściej jednak, Bałtyk jest spoko. Trzeba tylko znaleźć swoje miejsce i odpowiednią porę żeby się nim zachwycić.

Nie wiem czy to z sentymentu za czasami studenckimi, czy z faktu, że z Łodzi najprostsza droga nad morze wiedzie na Hel, dla mnie najfajniejsze wybrzeże zaczyna się po minięciu ronda we Władysławowie, w kierunku na Chałupy. Po prawej stronie przemykają pola kempigowe, spomiędzy których  przebija widok na Zatokę usianą dziesiątkami kite’owych latawców i masztami desek windsurfingowych. Po lewej stronie ciągnie się wąski las skrywający tory kolejowe, za którymi zaczynają się zejścia na piaszczyste, dość puste plaże. Jedna i druga strona półwyspu jak na wyciągnięcie ręki i niemalże w zasięgu wzroku. Wzdłuż i w poprzek drogi przechadzają się leniwie turyści w japonkach jakby bardziej stylowych niż te należące do turystów z Władysławowa, w kostiumach kąpielowych bardziej kolorowych, z bardziej puszystymi ręcznikami przerzuconymi niedbale przez opalone, wyrzeźbione ramiona. Ta droga naprawdę może przywołać motyle ekscytacji w brzuchu. Pod warunkiem, że nie stanie się w gigantycznym korku zamykającym nas na długie godziny w samochodowym pudełku, jako biernych obserwatorów tego pięknego spektaklu.

Staram się regularnie odwiedzać te okolice i odświeżać w pamięci obrazy, które lubię. I tak właśnie zrobiłam we wrześniu 2019 roku kiedy to usilnie szukałam chwytliwej nazwy dla firmy, która kształtowała się już w mojej głowie i w sercu.

Bałtyk wczesną jesienią ma w sobie coś z amerykańskiego wybrzeża szykującego się na przyjście huraganu. Zamiast śmiechów rozbieganych dzieci, gwaru rozmów i kakofonii muzycznej, słychać uderzenia młotków handlarzy demontujących uliczne stragany. Ci co mogli, już wyjechali, reszta, szykuje się na wyjazd. Grupy jakby nieświadomych zbliżającej się jesieni turystów przechadzają się w bezskutecznym poszukiwaniu jedzenia i pamiątek. Nie pachnie już smażalnią i goframi. Jest pięknie.

Półwysep helski też się zamyka. Nie ma sznura aut, nie ma tłumu opalonych turystów. W kartony pakowane są niesprzedane stroje kąpielowe, pianki, japonki i akcesoria do windsurfingu. Jest cicho, jest pięknie. A pogoda dopisuje. 27 stopni i bezchmurne niebo w ten wrześniowy dzień rozpieszcza. Takiej pogody może pozazdrościć niejeden lipcowy turysta.

SEABLINKS WYŁANIA SIĘ Z FAL

Siadam na pustej plaży z widokiem na Zatokę. Słońce świeci wprost na mnie, po wodzie suną powoli, powolutku (bardzo słabo wieje) kolorowe latawce. Tafla delikatnie faluje, w falach odbijają się promyki słońca. Widok idylliczny, nie przesadzam z opisem ani odrobinę.

Słońce puszcza mi oko - te migające refleksy odbijające się od wody to nic innego jak porozumiewawcze mrugnięcia okiem. Patrzę jeszcze chwilę i już wiem jak powinna nazywać się moja firma. Oddycham z ulgą. Spędzam nad wodą w bezruchu jeszcze godzinę. Jest coś majestatycznie uspokajającego w tym widoku i wcale nie kusi mnie wsiadanie do rozgrzanego auta.

Seablinks zaklina w sobie ten magiczny obraz. Łączy w sobie miłość do przyrody, bliskość z naturą, relaks, odprężenie. Słońce i morze puszczają mi oczko. Odmruguje w podziękowaniu.

Seablinks reprezentuje także silnie drugą nogę marki. Seablinks, siblings, czyli to co w życiu najważniejsze. Rodzina przez duże R. Stworzyłam własną firmę po to, by móc jak najswobodniej i niezależnie zarządzać własnym czasem. Własna działalność, szczególnie na początku, nie oznacza wcale dużej ilości wolnego czasu (to opowieść na kolejny wpis, który z pewnością kiedyś powstanie), ale pozwala nim swobodniej dysponować. I mieć ten czas, wtedy gdy go potrzebuje, na najważniejsze rodzeństwo w moim życiu - na moje dwie córeczki.

Koło się zamyka. Wszystko co dla mnie ważne w mojej firmie zaklina się w jej nazwie.

DRUGIE DNO

To co dla mnie jest oczywiste czasem nie bywa oczywiste dla postronnych osób. Nadaj firmie swojską, krótką, jasno brzmiącą nazwę, mówili. Nie posłuchałam. Zaklęłam w nazwie to co dla mnie najważniejsze i czasem płacę za to wysoką cenę. “Wszywamy te metki Sebaba?” pytają czasem szwaczki. “Sebaling, jak to się pisze?” patrzy na mnie pytająco obsługa stacji benzynowej, gdy proszę o fakturę. Każda sprawa urzędowa, podanie adresu e-mail wymaga żmudnego literowania. Alfa-Charlie-Tango mam już w jednym paluszku.

Cóż, dziś po roku, nadal myślę, że Seablinks to fajna nazwa. Lubie ją, lubię jej dwuznaczność, lubię wspomnienia i emocje, które przywołuje. Poszerzamy asortyment. Obok kostiumów kąpielowych dla dziewczynek pojawiły się kąpielówki dla chłopców. Kostiumy kąpielowe na basen. Wkrótce wprowadzimy też pierwszą linię dla nastolatek i kobiet. Seablinks wciąż pasuje jak ulał.

Zrównoważona szafa

TRUDNE SŁOWO: SUSTAINABILITY

Dobrze pamiętam moment kiedy zetknęłam się ze słowem “sustainability” po raz pierwszy. Był rok 2011, a ja mieszkałam w Luksemburgu, pracując w wielkiej międzynarodowej korporacji i zajmując się doradztwem podatkowym. Słowo to już wtedy odmieniane było przez wszystkie przypadki i zaczynało panoszyć się w wielkim biznesie. Dotarło także do działu fuzji i przejęć w mojej firmie, a ja stałam się członkiem zespołu promującego ideę “sustainability” w naszej korporacyjnej strukturze.

Pamiętam panikę z jaką próbowałam sobie to słowo wtedy wytłumaczyć. Przetłumaczony na język polski “zrównoważny rozwój” był dla mnie wtedy jeszcze ciągle konceptem mocno abstrakcyjnym i szczerze mówiąc nie do końca zrozumiałym. Oczywiście segregowałam śmieci, starałam się ograniczać ilość drukowanych w pracy dokumentów, słowo ekologia nie było mi obce, mimo to jednak zrównoważony rozwój pozostawał mglistą ideą.

Od tego czasu minęło kilka lat, wiele zmieniło się w moim życiu zawodowym i prywatnym, a zrównoważony rozwój stawał mi się coraz bliższy i coraz bardziej zrozumiały. Ciężko mi ocenić, jak duzy wpływ na ten postęp miał fakt pojawienia się w moim życiu dzieci.

Co się stanie, gdy coś wyrzucisz? Zużyta foliowa torebka, butelka po napoju, pudełeczko po kremie nie trafiają w jakieś magiczne miejsce "daleko, daleko stąd"; trafiają na wysypisko śmieci, do spalarni, na dno oceanu, kończą żywot w leśnej ściółce lub żołądku zwierzaka...

Zero Waste Week to wielokrotnie nagradzana kampania społeczna, która wystartowała w 2008 roku, podnosząc świadomość na temat wpływu odpadów na środowisko. Po raz pierwszy Seablinks ma okazję aktywnie uczestniczyć w tym wydarzeniu!

Podczas gdy Zero Waste Week formalnie trwa przez tydzień we wrześniu, Seablinks przez cały rok produkuje kostium kąpielowe z dzianin pochodzących z recyklingu. Nasze kostiumy powstają z surowców produkowanych z połowionego w oceanie plastiku, który po dokładnym oczyszczeniu i przetworzeniu trafia na Seablinksowe wieszaki w postaci kolorowych stroi kąpielowych dla dzieciaków. To pierwszy, ciągle jeszcze malutki, krok do budowania naszej świadomej, zielonej, odpowiedzialnej marki.

Dołącz do Seablinks i do milionów ludzi na całym świecie, redukując odpady, ucząc się ich ponownego użycia, recyklingu i nadając odpadom nowe życie.

Spotkajmy się w ten weekend w Porcie Łódź na stoisku Seablinks (szukajcie nas koło wejścia do IKEA) - chętnie opowiemy Ci o tym, jak kostium kąpielowy powstaje z wyłowionego w oceanie plastiku. Sprawdź na własne oczy, czy jest tak samo kolorowy, miękki i przyjemny w dotyku jak "zwykła" odzież. Może któryś skradnie Ci serce i zabierzesz go do domu, dając drugie życie plastikowej butelce, z której kiedyś piłeś wodę?

Related Articles

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. wymagane pola są zaznaczone *