Koszyk

  • Pusty koszyk

Chałupy welcomes Seablinks

HEJ MORZE, MOJE MORZE 

 

Polskie wybrzeże jest piękne i zazwyczaj zapiera dech w piersiach, ale jak wszyscy ma swoje oblicza. Czasem jest natarczywą i głośną ciocią Helą z Wałcza pobrzękującą breloczkami i magnesami “Kasia miła, sympatyczna, uczynna”. Czasem jest rubasznym Januszem sączącym piwo zza parawanu i bacznie obserwującym jędrną zwierzynę łowną, podczas gdy jego żona pochłania kolejnego zakręconego lodowego świderka o smaku kakao i śmietanki w barze przy promenadzie. Innym razem jest nieśmiałą, pryszczatą nastolatką próbującą wstydliwie skryć kłębki zużytego papieru toaletowego i tamponów na miękkich piaskach nadmorskich wydm. Wreszcie bywa rozwrzeszczanym czterolatkiem drącym w niebogłosy swoje cymbergajowe gardło i łypiącym zewsząd proszącym wzrokiem “wrzuć dwa złote”.

 

Najczęściej jednak, Bałtyk jest spoko. Trzeba tylko znaleźć swoje miejsce i odpowiednią porę żeby się nim zachwycić.

 

Nie wiem czy to z sentymentu za czasami studenckimi, czy z faktu, że z Łodzi najprostsza droga nad morze wiedzie na Hel, dla mnie najfajniejsze wybrzeże zaczyna się po minięciu ronda we Władysławowie, w kierunku na Chałupy. Po prawej stronie przemykają pola kempigowe, spomiędzy których  przebija widok na Zatokę usianą dziesiątkami kite’owych latawców i masztami desek windsurfingowych. Po lewej stronie ciągnie się wąski las skrywający tory kolejowe, za którymi zaczynają się zejścia na piaszczyste, dość puste plaże. Jedna i druga strona półwyspu jak na wyciągnięcie ręki i niemalże w zasięgu wzroku. Wzdłuż i w poprzek drogi przechadzają się leniwie turyści w japonkach jakby bardziej stylowych niż te należące do turystów z Władysławowa, w kostiumach kąpielowych bardziej kolorowych, z bardziej puszystymi ręcznikami przerzuconymi niedbale przez opalone, wyrzeźbione ramiona. Ta droga naprawdę może przywołać motyle ekscytacji w brzuchu. Pod warunkiem, że nie stanie się w gigantycznym korku zamykającym nas na długie godziny w samochodowym pudełku, jako biernych obserwatorów tego pięknego spektaklu.

 

Staram się regularnie odwiedzać te okolice i odświeżać w pamięci obrazy, które lubię. I tak właśnie zrobiłam we wrześniu 2018 roku kiedy to usilnie szukałam chwytliwej nazwy dla firmy, która kształtowała się już w mojej głowie i w sercu.

 

Bałtyk wczesną jesienią ma w sobie coś z amerykańskiego wybrzeża szykującego się na przyjście huraganu. Zamiast śmiechów rozbieganych dzieci, gwaru rozmów i kakofonii muzycznej, słychać uderzenia młotków handlarzy demontujących uliczne stragany. Ci co mogli, już wyjechali, reszta, szykuje się na wyjazd. Grupy jakby nieświadomych zbliżającej się jesieni turystów przechadzają się w bezskutecznym poszukiwaniu jedzenia i pamiątek. Nie pachnie już smażalnią i goframi. Jest pięknie.

 

Półwysep helski też się zamyka. Nie ma sznura aut, nie ma tłumu opalonych turystów. W kartony pakowane są niesprzedane stroje kąpielowe, pianki, japonki i akcesoria do windsurfingu. Jest cicho, jest pięknie. A pogoda dopisuje. 27 stopni i bezchmurne niebo w ten wrześniowy dzień rozpieszcza. Takiej pogody może pozazdrościć niejeden lipcowy turysta.

 

SEABLINKS WYŁANIA SIĘ Z FAL

 

Siadam na pustej plaży z widokiem na Zatokę. Słońce świeci wprost na mnie, po wodzie suną powoli, powolutku (bardzo słabo wieje) kolorowe latawce. Tafla delikatnie faluje, w falach odbijają się promyki słońca. Widok idylliczny, nie przesadzam z opisem ani odrobinę.

 

Słońce stoi wysoko nad horyzontem, jego promienie odbijają się figlarnie w tafli wody. Delikatne ruchy wody urządzają spektakl wesołych błysków słonecznych promyków na swojej tafli. Morze puszcza mi oko! Te migające refleksy odbijające się od wody to nic innego jak porozumiewawcze mrugnięcia. Patrzę jeszcze chwilę i już wiem jak powinna nazywać się moja firma. Oddycham z ulgą. Spędzam nad wodą w bezruchu jeszcze godzinę obserwując z wdzięcznością ten spektakl i ładując akumulatory na przetrwanie szarej zimy. Jest coś majestatycznie uspokajającego w tym widoku i wcale nie kusi mnie wsiadanie do rozgrzanego auta. 

 

Seablinks zaklęło w sobie ten magiczny obraz. Połączyło w sobie miłość do przyrody, bliskość z naturą, relaks, odprężenie. Z drugiej strony pokazało swoją figlarną naturę, ten błysk, radosny ognik tańczący na grzbiecie fal. Czy nie o to właśnie chodzi w letnim wypoczynku?! Słońce i morze puszczają mi oczko. Odmruguję w podziękowaniu.

 

Nazwa Seablinks reprezentuje także silnie drugą nogę wartości marki. Seablinks, siblings, czyli to co w życiu najważniejsze. Rodzina przez duże R. Stworzyłam własną firmę po to, by móc jak najswobodniej i niezależnie zarządzać własnym czasem. Własna działalność, szczególnie na początku, nie oznacza wcale dużej ilości wolnego czasu (to opowieść na kolejny wpis, który z pewnością kiedyś powstanie), ale pozwala nim swobodniej dysponować. I mieć ten czas, wtedy gdy go potrzebuje, na najważniejsze rodzeństwo w moim życiu - na moje dwie córeczki.

 

Koło się zamyka. Wszystko co dla mnie ważne zaklina się w nazwie mojej firmy. 

 

DRUGIE DNO

 

To, co dla mnie jest oczywiste, czasem nie bywa oczywiste dla postronnych osób. Nadaj firmie swojską, krótką, jasno brzmiącą nazwę, mówili. Nie posłuchałam. Zaklęłam w nazwie to co dla mnie najważniejsze i czasem płacę za to wysoką cenę. “Wszywamy te metki Sebaba?” pytają czasem szwaczki. “Sebaling, jak to się pisze?” patrzy na mnie pytająco obsługa stacji benzynowej, gdy proszę o fakturę. Każda sprawa urzędowa, podanie adresu email wymaga żmudnego literowania. Alfa-Charlie-Tango mam już w jednym paluszku. 

 

Cóż, dziś po roku, nadal myślę, że Seablinks to fajna nazwa. Lubie ją, lubię jej dwuznaczność, lubię wspomnienia i emocje, które przywołuje. Poszerzamy asortyment. Obok kostiumów kąpielowych dla dziewczynek pojawiły się kąpielówki dla chłopców. Kostiumy kąpielowe na basen. Wkrótce wprowadzimy też linię “Family”, gdzie cała Rodzina będzie mogła znaleźć coś dla siebie. Seablinks wciąż pasuje jak ulał.

Related Articles

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. wymagane pola są zaznaczone *